amaro 8

Kilka miesięcy temu Atelier Amaro, jako pierwsza polska restauracja, dostało gwiazdkę Michelin. Ponieważ wiedziałam, że w maju będę w Polsce, szybko zarezerwowałam stolik, żeby na własne oczy (i podniebienie) się przekonać, czy Atelier Amaro naprawdę zasłużyło na tę gwiazdkę.

Już podczas kontaktu mailowego Atelier Amaro bardzo mi przypadało do gustu. W wielu restauracjach tego typu jest stałe menu, którego nie można zmienić, co jest dla mnie sporym problemem, bo mimo iż teoretycznie nie jestem wegetarianką, praktycznie właściwie nie jem mięsa. A tutaj miła niespodzianka, na moje zapytanie o menu wegetariańskie, zostałam zarzucona pytaniami, czy jem sery, jajka, mleko itp. Także nawet weganie mogą śmiało udać się do Atelier Amaro. Na miejscu kelner jeszcze raz się upewnił, czego nie jadamy, czy nie mamy przypadkiem jakiejś alergii pokarmowej.

Wystrój jest prosty, nie ma zbyt wielu stolików. Można wybrać pomiędzy trzema (145 zł), pięcioma (220 zł) lub ośmioma daniami (280 zł), napoje są dodatkowo płatne. My zdecydowaliśmy się na osiem dań, gdyż różnica w cenie nie jest aż tak duża, a słyszeliśmy wcześniej, że na pewno się nie najemy, bo porcje są bardzo małe. Okazało się, że spokojnie najedlibyśmy się pięcioma daniami, bo po pierwsze dostaliśmy jeszcze przystawki, a po drugie porcje owszem są małe, ale jak się zje tyle dań, to jednak można się najeść, a nawet w moim przypadku przejeść.

Wszystkie potrawy były bardzo ładnie podane, a kelner za każdym razem objaśniał, co jemy. Niestety mimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie wszystkiego zapamiętać 😉

Najpierw dostaliśmy na przystawkę tortille z kalarepy, do tego dwa ciekawe dipy, mieszankę sałat i doniczkę, w której rosły świeże zioła. Dobre i przede wszystkim bardzo pomysłowe.

amaro 1

Następną przystawką okazał się kawałek kości, w którym były szparagi z igłami świerku, a do tego kawałek bagietki. Smaczne, ale miałam trochę zastrzeżeń do kości, co prawda sam kelner powiedział, że nie należy jej jeść, ale jednak mam wątpliwości, czy prawdziwy wegetarianin zjadłby danie podane w kości…

amaro 2

 Po przystawkach przyszła pora na świeże pieczywo: miękkie bułeczki i chleb z popiołem, do tego masło. Pieczywo było bardzo smaczne, można by się natomiast przyczepić do masła, niby dobre, ale trochę za zwyczajne 😉

amaro 4

Potem byliśmy co chwila czymś zaskakiwani. Jednym z dań były ślimaki, ja dostałam przepyszne wegetariańskie ślimaki zrobione z jabłek.

Wszystkie potrawy były pięknie podane. Do dziś nie mogę zdecydować, czy bardziej mi się podobało brokułowe drzewo czy kwiat z żółtka i karczochów.

amaro 3

amaro 11

Zjedliśmy mnóstwo dziwnych rzeczy np. popiół ze słomy albo szparagi wędzone modrzewiem. W Atelier Amaro bazują na produktach sezonowych, więc pojawiło się dużo kwiatów, koniczyna, rabarbar. Wszystko smakowało bardzo niezwykle, nawet brokuł nie smakował jak brokuł. Do tego poszczególne smaki się wzajemnie uzupełniały. Jedynie dwie rzeczy nie bardzo mi przypadły do gustu: wspomniane już wcześniej żółtko, które nie było ani gotowane, ani na miękko, ani sadzone i risotto z siemienia lnianego, które za bardzo mi się kojarzyło z chorobą. Reszta potraw była bardzo smaczna i bardzo oryginalna w smaku.

amaro 6Na koniec dostaliśmy jeszcze deser: ciasto czekoladowe z musem szałwiowym i sorbetem rabarbarowym.

amaro 15

Po kolacji, która trwała 3,5 godziny, zostaliśmy zaproszeni do kuchni, gdzie mogliśmy zobaczyć w jakich warunkach są przygotowywane wszystkie potrawy i porozmawiać chwilę z Wojciechem Amaro, który okazał się bardzo miłym człowiekiem.

Ogólnie kolacja w Atelier Amaro była dla nas dużą przygodą i myślę, że warto chociaż raz w życiu przeżyć coś takiego. Przeżyć, bo jest to przeżycie, nie tylko kulinarne, ale także duchowe. Zdecydowania jest to zasłużona gwiazdka Michelin, mimo pewnych niedociągnięć. Poza wspomnianą już wcześniej kością i zbyt zwyczajnym masłem, nie podobało mi się to, że nikt nie pokazał nam karty alkoholi. Wiadomo, że w takich miejscach alkohole nie są tanie i dlatego fajnie byłoby móc przed podjęciem decyzji, czego się napijemy, zobaczyć, ile nas ta przyjemność wyniesie. W naszym przypadku okazało się, że aperitif kosztował tyle, co dwie lampki wina i mimo iż był pyszny, uważam, że jednak trochę za drogi. Drugą rzeczą, która mi się nie podobała, było doliczenie do rachunku 10% za serwis. Uważam, że napiwek jest podziękowaniem dla kelnera za dobrze wykonaną pracę i że każdy klient powinien sam zadecydować, czy jest zadowolony z obsługi, czy chce zostawić napiwek i jeśli tak, to jaką kwotę. Wszyscy kelnerzy w Atelier Amaro byli bardzo uprzejmi i chętnie podziękowałabym im za ich pracę, ale z własnej woli, a nie przymusu. Ogólnie jednak wyszłam bardzo zadowolona i polecam wszystkim odwiedzenie Atelier Amaro.

O autorze:

 

Napisz komentarz

*